czwartek, 7 lipca 2016

Soniczna szczoteczka do twarzy z Biedronki

Cześć,
znowu bardzo długo mnie tutaj nie było, być może będę mogła powrócić po przeprowadzce, niestety na razie nic nie mogę obiecać. Jednak postanowiłam pojawić się z informacją o ciekawym gadżecie, który od dzisiaj znajduje się w ofercie Biedronki. Jest to soniczna szczoteczka do twarzy. Kosztuje 32,99 zł, w zestawie znajdziemy bateryjki. Ponieważ uwielbiam wszelkie nowinki, postanowiłam sprawdzić cóż to takiego. 


Przede wszystkim przy zakupie dość długo oglądałam różne egzemplarze, gdyż jakość wykonania wypustek jest różna, chwilę mi zajęło zanim znalazłam egzemplarz bez wad. Moim zdaniem posklejane, czy ostro zakończone elementy będą znacząco wpływać na jakość pracy szczoteczki, a wręcz mogą zrobić krzywdę, więc koniecznie dobrze się jej przyjrzyjcie, zanim udacie się do kasy. Po pierwszym użyciu mogę stwierdzić, że na pewno szczoteczka jest bardzo delikatna, moim zdaniem sprawdzi się dla cer wrażliwych. Nie sądzę, że tak jak przy szczoteczkach z włosiem, da się nią zrobić krzywdę czy uszkodzić naskórek. Wypustki są elastyczne, delikatnie wibruje masując skórę. Do wyboru mamy dwie prędkości: wolniejszą do masażu i szybszą do oczyszczania.


Przy pierwszym użyciu najpierw nałożyłam żel na wypustki i przyłożyłam szczoteczkę do twarzy rozpoczynając oczyszczanie, ale okazało się, że utknął i lepiej zadziałało rozprowadzenie go po twarzy palcami. Być może zależy to od żelu, ja używałam kremowego żelu do demakijażu marki Nuxe, który sam w sobie się nie pieni i jest dość gęsty. Jak efekty? O tym myślę, że będę mogła wypowiedzieć się najwcześniej za jakieś trzy miesiące. Buzia jest czysta, ale bardziej interesuje nas, czy szczoteczka przyczyniła się do poprawy stanu skóry, prawda? Nigdy wcześniej nie miałam szczoteczki sonicznej, nie mogę jej porównać do osławionej Luny Foreo, ale myślę, że w tej cenie warto sprawdzić, czy taki gadżet nam pasuje i czy ewentualnie chcemy zainwestować w droższy produkt.

Co wy sądzicie? Ktoś już się skusił? Jakie jest wasze pierwsze wrażenie? Koniecznie dajcie mi znać!

środa, 16 września 2015

Przydatne gażdety kosmetyczne - osłonki na pędzle

Dzisiaj chciałabym wam pokazać mój najnowszy gadżet kosmetyczny, jakim są osłonki na pędzle. Wiem, że Ameryki nie odkryłam, ale może uda mi się przekonać chociaż jedną z was, że warto się w niego zaopatrzyć. Moje pędzle generalnie siedzą w domu w znanym całej blogosferze świeczniku SKURAR z Ikei, maluję się nimi i odkładam na miejsce. Jednak po dwóch latach zauważyłam, że pojedyncze włoski zaczęły im brzydko odstawać, a spowodowało to najprawdopodobniej ocieranie się pędzli o siebie podczas wyjmowania/wkładania. 


Aby się uchronić przed większymi szkodami, postanowiłam zamówić siateczkowe osłonki na pędzle. Po chwili poszukiwań udało mi się znaleźć zestaw 10 sztuk na Aliexpress w cenie 0,50 dolara czyli za 2 zł z wliczoną już przesyłką. Dotarły do mnie w nieco ponad dwa tygodnie, wszystko zgodnie z opisem. Jak widzicie dopasowują się do pędzli różnych rozmiarów, nie spadają z tych cieńszych i nie miałam problemu z nałożeniem osłonki na pędzel do pudru z Sephory w rozmiarze XL, więc i na te największe zmieszczą się bez problemu. Wydatek nie jest duży, a sprawi, że nasze pędzle będą nam służyły jak najdłużej. Co sądzicie o takim rozwiązaniu? Ja już zamówiłam kolejne, aby każdy mój pędzel miał swoją zbroję.

Osłonki kupiłam tutaj.

poniedziałek, 14 września 2015

Zakupy z Aliexpress - zestaw bambusowych pędzli i jajko Brushegg

Cześć dziewczyny, dzisiaj mam dla was szybką relację z dwóch przesyłek z Aliexpress, gdzie niedawno skusiłam się na zakup kilku rzeczy. O tej platformie w blogosferze napisano już chyba wszystko co tylko się dało, bez problemu można znaleźć doskonałe poradniki jak kupować, szukać oraz płacić, więc nie będę się tutaj powtarzać, tym bardziej, że od niedawna można płacić chińczykom za pośrednictwem Przelewy24. Jednak jeśli macie jakieś pytania, piszcie śmiało, jeśli tylko będę mogła, postaram się pomóc. Nie są to moje pierwsze zakupy i na pewno nie ostatnie, wciąż czekam na kilka innych kosmetycznych drobiazgów, więc zapewne doczekacie się kontynuacji tego posta.

Pierwszą rzeczą jest zestaw bambusowych pędzli z syntetycznym włosiem. Niedawno mimo, że miałam zaczekać, aż zużyję wszystkie koreańskie BB kremy, zamówiłam testery podkładów mineralnych. Jeszcze nie wiem, czy będzie z tego miłość, ale dłuższa znajomość na pewno. Przy tej okazji wymyśliłam, że w sumie przydałby mi się zestaw bardziej odpowiednich pędzli do ich aplikacj, a że budżet mam obecni skromny, udałam się do raju okazji i szokująco niskich cen. Mam już jeden chiński bambusowy pędzelek zakupiony dwa lata temu jeszcze na eBayu i jestem z niego bardzo zadowolona i służy mi do teraz.


Udało mi się znaleźć powyższy zestaw 11 pędzli w cenie 6,18 dolara, a z karty ściągnęło 24,73 złotych polskich. Czyli 2,25 zł za pędzel. Plus worek i przesyłka gratis. Zawrotne kwoty prawda? Pewnie ciekawi was jak z jakością, a jest ona moim zdaniem na wysokim poziomie. Pędzelki przybyły zapakowane w kopertę, woreczek oraz każdy z nich był zapakowany w osobną folię dokładnie jak na zdjęciu, dzięki temu włosie nie było odkształcone. Nie śmierdzą, nie odpadają im rączki (w moim pędzlu z eBayu'a dopiero teraz, po dwóch latach, rozkleiła się rączka, po kilkunastu myciach z moczeniem trzonka w wodzie), są bardzo mięciutkie oraz mają bardzo gęste włosie. Z doświadczeń z poprzednim pędzlem już wiem, że wszystkie kabuki będą spisywały się doskonale, na szybko przetestowałam też pędzelek do blendowania cieni i jestem zakochana <3 Szczerze mówiąc, gdybym teraz miała do wyboru jeszcze raz kupić zestaw z Sephory, który kosztowałby kilkadziesiąt razy więcej, bez zastanowienia wybrałabym ten. Moje pędzle z Sephory wciąż bardzo lubię, ale te mogą je spokojnie zastąpić. Za prawie identyczne pędzle w sklepach z minerałami trzeba zapłacić co najmniej 10 razy więcej, więc zakup uważam za bardzo udany i zastanawiam się nad drugim kompletem, bo niestety nie zawsze mam czas na wypranie pędzli. Jeżeli chciałybyście opinię o pędzlach po porządniejszych testach i zdjęcia każdego z osobna dajcie znać.


Drugą przesyłką która do mnie dotarła, jest jajeczko do czyszczenia pędzli Brushegg. Przed zakupem nie wiedziałam, że będzie miało jakikolwiek napis i starałam się ustalić, czy to nie jest podróbka, ale wygląda na to, że nie. Nie posiada ono strony producenta, jedynie taką bez pełniej nazwy firmy i odnośnikiem do jednej z drogerii internetowych, więc wygląda na to, że po prostu można tam kupić jajo z Aliexpress tylko dużo drożej, bo za 35-30 zł, a ja zapłaciłam 1,20 dolara, czyli 6 zł. Jak się spisuje dam znać niedługo, bo ostatnio wyprałam wszystkie pędzle i nie mam na czym testować.

Obie przesyłki dotarły do mnie po dwóch tygodniach od złożenia zamówienia. Podsumowując, z zakupów jestem bardzo zadowolona, na wishliście mam już kolejne ciekawe gadżety kosmetyczne, a na pierwszym miejscu jest stojak do suszenia pędzli.

Pędzle kupiłam tutaj, a jajko tutaj.

wtorek, 18 sierpnia 2015

JoyBox sierpień 2015 - zapowiedź

Wiem, że na pewno wiele z was czeka na nowego JoyBoxa, więc postanowiłam podzielić się z wami zapowiedzią z wrześniowego numeru magazynu. Zapraszam do oglądania!




Co sądzicie o zawartości? Ja mam wrażenie, że ten box jest dużo uboższy niż wcześniejsze edycje, marki są mniej ciekawe w mojej opinii, ja na pewno tym razem nie zamówię. Jedynymi produktami, na które mogłabym się skusić są olejek Evree, maseczka Bee Pure i olejek arganowy, ale mam nowe 100 ml opakowanie. Uważam, że przeważa tu drogeryjna pielęgnacja i makijaż.

Mam już przygotowane zdjęcia z czerwcowej edycji, mam nadzieję, że jeszcze w tym tygodniu uda mi się wrzucić posta z opinią o produktach z tego pudełka.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Naturalnie z pudełka - lipiec 2015

Kto nie lubi pudełek-niespodzianek? Powiem wam szczerze, że ja. A dlaczego? Mimo wszystko wolę przeznaczyć pieniądze na jeden konkretny produkt, który na pewno będzie spełniał moje oczekiwania, będzie dostosowany do potrzeb mojej skóry i który będę wiedziała, że na pewno wykorzystam. Takie pudełka to z pewnością oszczędność, bo płacimy zdecydowanie mniej niż, gdybyśmy chcieli kupić wszystkie produkty pojedynczo, ale co zrobić z niechcianą zawartością? Dlatego też do tej pory nie zdecydowałam się na żaden z takich boxów, gdyż jeszcze żaden z nich nie spełnił w pełni moich oczekiwań. Ale niedawno pojawiła się na polskim rynku pudełkowym niebywała gratka dla fanów kosmetyków naturalnych - Naturalnie z pudełka!


Znajdziemy w nim tylko i wyłącznie kosmetyki naturalne, są też edycje wegańskie. Taki box kosztuje 89 zł z przesyłką, więcej niż u konkurencji, ale moim zdaniem za wysoką jakoś produktów zdecydowanie warto dopłacić. Naturalne kosmetyki mają bardzo często dużo bogatsze składy, a i same składniki są droższe niż syntetyczne, Lipcowe pudełko udało mi się wygrać w konkursie na FB Naturalnie z pudełka - jeszcze raz ślicznie dziękuję! Jeżeli chcecie poznać moją opinię o produktach i ogólnie o całokształcie tego pomysłu, zapraszam do czytania.


Tak prezentuje się pudełko po otwarciu. Wszystko zostało zapakowane w ekologiczny kartonik i przewiązane sznurkiem, co moim zdaniem idealnie podkreśla ideę, która przyświeca boxowi. Wypełnienie ochronne również nie odbiega od zewnętrznej oprawy, a informacja o produktach umieszczona została na papierze pochodzącym z recyklingu. Bardzo podoba mi się też minimalistyczny styl pudełka, nie potrzeba tutaj krzykliwych haseł reklamowych, zawartość obroni się sama. A skoro już jesteśmy przy zawartości, to jak widzicie pudełko prawie pęka w szwach, więc czas bliżej się jej przyjrzeć.


Na pierwszy ogień idzie Energetyzujący żel po mycia od Zielonego Laboratorium. Jest to produkt polski, wegański, stworzony przez dwie dziewczyny - Sylwię i Olę -  pełne pasji i wiedzy na temat produktów naturalnych. Zawiera drobinki żurawiny i świeży sok z jabłek oraz naturalne i delikatnie myjące środki, a kosztuje 38 zł za 250 ml. Ten żel już kiedyś miałam, jeszcze w butelce z pompką, dostałam go na spotkaniu blogerskim. Nie podbił wtedy mojego serca zapachem, ale zdecydowanie należy docenić jego delikatność i bardzo dobry skład. Nie lubię też wydawać fortuny na kosmetyki do mycia, wolę zainwestować w dobre smarowidła. Żel na razie trafia do zapasów, ale jeśli moja opinia o nim się zmieni, na pewno dam wam znać.


Widziałam, że nie wszystkich zachwyciła obecność pasty do zębów w pudełku, ale ja jestem zdecydowanie na tak. Pasta do zębów bez fluoru od Lavery ma bardzo delikatny, prawie niewyczuwalny smak co mi bardzo odpowiada, gdyż nie cierpię miętowych past drogeryjnych. Bardzo długo używałam Elmexu, teraz moim ulubieńcem jest Himalaya Herbals w różnych wariantach. Pasta Lavery jest bardzo delikatna, używam jej z przyjemnością, ale szczerze mówiąc preferuję pasty o bardziej oczyszczających właściwościach, więc nie jestem pewna, czy zakupię ją ponownie. Chociaż jest bardzo zadowolona, że mogłam ją przetestować. Koszt takiej pasty to 10,90 zł za 75 ml.


Kolejny produkt i kolejna dobra polska firma, poznajcie Tonik do twarzy róża japońska i pandan od Orientany, Przetestowałam już kilka ich produktów, a kolejne czekają w zapasach, więc sądzę, że i tonik ma szansę podbić moje serce. Krótki i konkretny skład oraz buteleczka z atomizerem sprawiają, że nie mogę się go doczekać, ale na razie ląduje w zapasach, bo mam już kilka podobnych psikaczy na lato. Jego koszt to 26 zł za 100 ml.


I prawie ostatni jest olejek do demakijażu od GoCranberry, również polskiego producenta NOVA Kosmetyki. Miałam próbkę azjatyckiego olejku o takim zastosowaniu, ale oczywiście składowo nie umywał się do tego, także wiążę z nim wielkie nadzieje w demakijażu oraz w metodzie OCM - żegnajcie zaskórniki! W moich wspomnieniach pozostała delikatność i skuteczność z jaką oczyszczał, także może się zdarzyć, że otworzę olejek poza moją denkową kolejnością. W składzie znajdziemy m. in. olej żurawinowy, olej ze słodkich migdałów i witaminę E. Kosztuje 29 zł za 150 ml.


Na sam koniec zostawiłam miniatury i gratisy. Od Earthnicity znajdziemy miniaturkę Jedwabnego Pudru Wykończeniowo - Rozświetlającego o wartości 9 zł. Dostałam najjaśniejszy odcień z czego się bardzo cieszę, gdyż mimo obecnej greckiej opalenizny niedługo zapewne przybiorę swój standardowy odcień mąki. Na minerały mam chrapkę od dłuższego czasu i mam nadzieję, że uda mi się nimi zastąpić drogeryjne produkty do makijażu, ale obiecałam sobie, że nic nie kupię, dopóki nie wyzbędę się zapasów, także bardzo się cieszę, że ten puder wpadł w moje łapki. Peeling do twarzy od Orientany znam, jest to bardzo dobry i mocny zdzierak o właściwościach rozjaśniających, ale na pewno nie nadaje się do cery wrażliwej. Dostałam też trzy próbki od Zielonego Labolatorium, dwa balsamy o obłędnych zapach i krem do mycia. Jeśli właściwości balsamów będą tak kuszące jak zapachy, to może być z tego wielka miłość.

Podsumowując, w lipcowym pudełku znalazły się 4 pełnowymiarowe produkty i jedna miniaturka o łącznej wartości 112,90 zł. Nie jest to może duża różnica względem ceny pudełka, ale trzeba pamiętać, że nie ponosimy kosztów wysyłki z różnych sklepów. Poza tym to świetna okazja na poznanie nowych, szczególnie rodzimych marek, a do mnie przede wszystkim przemawia fakt, że nie ma tu produktu, który nie zostanie przeze mnie zużyty z przyjemnością. Na sierpniową edycję się nie zdecydowałam, gdyż zgromadzone zapasy wciąż mnie przerażają, ale na pewno będę uważnie śledzić zawartość poszczególnych edycji i kiedyś na pewno się skuszę na subskrypcję.

środa, 17 czerwca 2015

10 zasad bezpiecznego opalania, czyli słów kilka o filtrach przeciwsłonecznych

Lato i plażowanie zbliżają się wielkimi krokami, więc dzisiaj zamiast standardowej recenzji mam dla was zbiór kilku podstawowych zasad skutecznego stosowania filtrów przeciwsłonecznych. Są to moim zdaniem najważniejsze wskazówki, jeśli uważacie, że warto byłoby coś jeszcze dodać, śmiało piszcie w komentarzach! Jeśli macie pytania, to również zapraszam do dyskusji.

źródło obrazka
1. Zabezpiecz się odpowiednio wcześnie. Filtry należy nałożyć minimum 15-20 minut przed wyjściem z domu. Jeśli nałożymy je już na plaży, ich skuteczność może być niższa.

2. Nie żałuj produktu. Aby filtry były skuteczne, należy nałożyć ich odpowiednią ilość, przykładowo na twarz i szyję powinniśmy nałożyć ok. 2 - 2,5 ml produktu, a na całe ciało 30 ml. Im cieńsza warstwa, tym słabsza ochrona. 

3. Stosuj filtry z minimum SPF 15. Nasza skóra ma naturalną ochroną na poziomie SPF 8, więc stosowanie produktów z niższym filtrem mija się z celem.

4. Filtry powinny zawierać ochronę UVA i UVB. Preparaty chroniące wyłącznie przed rumieniotwórczym efektem promieniowania UVB znacznie wydłużają czas przebywania na słońcu, powodując jednocześnie większe narażanie skóry na równie szkodliwe promieniowanie UVA. Oznaczeni UVA  powinno znajdować się w kółku, wtedy nawet jeśli jego wartość nie została podana przez producenta wiemy, że zachowana jest proporcja względem UVB - minimum 1/3.

5. Dobierz filtry odpowiednio do swojego typu skóry i poziomu nasłonecznienia. Inne filtry stosujemy u niemowląt, inne u dzieci do lat 6, a jeszcze inne do skóry mieszanej i trądzikowej. Na rynku jest naprawdę duży wybór, więc jeśli twoja cera jest problematyczna, zainwestuj w kosmetyk przeciwsłoneczny do twarzy dostosowany do jej potrzeb. Kupując osobny kosmetyk do twarzy, możemy również sobie pozwolić na niższą ochronę do ciała, jeśli zależy nam na mocniejszej opaleniźnie. Miejsce w którym się opalamy również ma znaczenie, niższy filtr wystarczy nad polskie morze, ale w Afryce dla naszej nieprzyzwyczajonej do tak dużego nasłonecznienia skóry wskazana będzie bardzo wysoka ochrona na poziomie SPF50 lub SPF 50+.

6. Dbaj o datę ważności. Przeterminowane produkty do opalania, zarówno data ważności jak i czas od otwarcia, skracają skuteczność filtrów przeciwsłonecznych. Nie warto oszczędzać i wykańczać zeszłoroczne filtry, dlatego nie powinno się kupować dużych pojemności na zapas, jeśli nie jesteśmy pewni, czy je zużyjemy.

7. Powtarzaj aplikację. Nie wystarczy posmarować się filtrem raz przed wyjściem z domu, powinniśmy czynność powtórzyć po około 6 godzinach. Produkt ściera się w trakcie dnia, kiedy np. dotykamy się rękoma bądź spływa z potem.

8. Pamiętaj o ustach, uszach, nosie i znamionach. Są to najbardziej narażone strefy na naszym ciele podczas opalania, a często o nich zapominamy. Dostępne są specjalne sztyfty z filtrami z linii przeciwsłonecznych do ust i na znamiona, ale do ust z powodzeniem wystarczy nam np. pomadka Oeparol z filtrem SPF 25 za kilka złotych. Na nos warto nałożyć grubszą warstwę produktu ochronnego.

9. Kąpiel skraca trwałość filtrów. Jeśli filtr nie jest wodoodporny, należy powtórzyć aplikację po kąpieli. Wodoodporne filtry również mają określoną trwałość, np. filtry Vichy są przetestowane dla trzech kąpieli po 20 minut. Niestety ciężko dotrzeć do takich informacji i nie wszystkie produkty są odporne na wodę.

10. Stosuj filtry przeciwsłoneczne nie tylko na czas opalania. Słońce w mieście może być tak samo szkodliwe, jak nad morzem. Jeśli zamierzacie spędzić więcej czas na słońcu, koniecznie zastosuj ochronę przeciwsłoneczną. Przy cerze wrażliwej lub problematycznej, powinno się stosować filtry na twarz przez cały rok na krem pielęgnacyjny.

Pamiętajmy też, aby opalać się stopniowo, przyzwyczajając skórę. Jeśli od razu pierwszego dnia wyjdziemy na plażę na kilka godzin, nawet kosmetyki nie uchronią nas przed oparzeniami. Nie robimy też tego w południe, kiedy nasłonecznienie jest największe. I pamiętajmy, że nie ma czegoś takiego jak bezpieczne opalanie i zdrowa opalenizna, proces ten przyspiesza starzenie się skóry i ryzyko wystąpienia chorób nowotworowych.

W ramach przestrogi zamieszczam popularnego demotywatora, nie mam potwierdzenia czy to prawda, czy nie, ale przesłanie jest bardzo adekwatne.

źródło

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Recenzja: Tołpa, Dermo Body, Hydro, Nawilżające mleczko regenerujące

Jak udał się wam weekend? Ja zdecydowanie odpoczęłam i skorzystałam z pięknej pogody, mam nadzieję, że wy też. Nie zapomniałam jednak o was i o blogu i zabrałam ze sobą bohaterów kilku najbliższych notek na sesję zdjęciową nad jeziorem. Dzisiaj pierwszy z nich, regenerujące mleczko do ciała od naszej rodzimej marki Tołpa.


Opis producenta: Nawilża i wygładza skórę. Przyspiesza jej regenerację i przywraca komfort. Wspomaga odbudowę warstwy lipidowej skóry i wzmacnia jej barierę ochronną. Zapobiega przedwczesnemu starzeniu skóry i uodparnia ją na działanie czynników zewnętrznych. Zwiększa sprężystość i elastyczność skóry.

Pojemność i cena: 250 ml za 26,99 zł na stronie producenta

Skład: Aqua, Glycerin, Butyrospermum Parkii (Shea Butter), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Cyclomethicone, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Orbignya Oleifera Seed Oil, C12-C15 Alkyl Benzoate, Dimethicone, Ceteareth-25, Peat Extract, Glyceryl Steara-te, PEG - 100 Stearate, Cetearyl Alcohol, Potassium Phosphate, Carbomer, Acrylamide/ Sodium Acryloyldimethyltaurate Copolymer, Disodium EDTA, C13-14 Isoparaffin, Sodium Hydroxide, Laureth-7, Parfum, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, Propylparaben.


Opakowanie: Wygodna butelka z pompką, która działa bez zarzutu. Bardzo lubię takie rozwiązania, chociaż, żeby wydobyć resztki produktu, trzeba będzie niestety rozciąć opakowanie. I niestety, jeśli nie używamy mleczka regularnie, to potrafi zaschnąć na końcu pompki.

Konsystencja i zapach: Mleczko jest lekkie, więc łatwo się rozsmarowuje, co jednak nie przekłada się na wydajność. Zapach jest delikatny, bardzo przyjemny, długo wyczuwalny po aplikacji, ale nie męczy i nie przeszkadza.

Skład: Z fajnych składników znajdziemy tutaj masło shea, olej ze słodkich migdałów, olej makadamia, olej z nasion palm Orbignya Oleifera oraz ekstrakt z torfu. Niestety są również parabeny, silikony, czy obecna pod koniec składu izoparafina.

Właściwości: Mleczko bardzo fajnie nawilża, regeneruje i zostawia delikatny film ochronny. Mimo to szybko się wchłania, nie zostawia tłustej warstwy, chociaż osobom ze skórą normalną raczej poleciłabym je na okres jesienno-zimowy. Polubiłam się też z jego lekko pudrowym zapachem.

Podsumowanie: Mleczko zakupiłam w dużo niższej cenie, bo za 10 zł z groszami, ale mimo niezłego działania, nie skusiłabym się na nie ponownie. Głównie z tego względu, że znam tańsze, wydajniejsze i w pełnie naturalne smarowidła do ciała o takim samym, a nawet lepszym działaniu, jak chociażby masła Alverde. Lubię wspierać polskie marki i podczas zakupów chętnie sięgam po polskie produkty, ale do tej pory Tołpie nie udało się mnie do siebie przekonać.

sobota, 13 czerwca 2015

Recenzja: Baikal Herbals, Odżywczy olejek do włosów

Od kiedy odkryłam olejowanie włosów, uważam, że nie ma lepszej metody na ich regenerację i nawilżenie. Mimo, że jest to czasochłonny zabieg i wymaga wygospodarowania kilku godzin bądź możliwości umycia ich rano, to efekty potrafią być naprawdę rewelacyjne. Włosy są bardziej elastyczne, gładkie, błyszczące i nie puszą się. Bohater dzisiejszego posta, odżywczy olejek do włosów od Bikal Herbals, to trzeci olej do włosów, który testuję, ale mam już na jego temat wyrobioną opinię, także zapraszam, jeśli chcecie dowiedzieć się o nim więcej.


Opis producenta: Odżywczy olejek do włosów suchych i farbowanych. Produkt powstał na bazie olejków z roślin Bajkału. Odżywczy olejek przywróci włosom zdrowie, elastyczność i naturalny blask. Dzika róża dahurska i malina moroszka dostarczają włosom odpowiednich składników odżywczych, zapobiegają ich łamliwości. Szkarłat wzmacnia cebulki włosów, a len syberyjski sprawia, że włosy są delikatne i jedwabiste.

Pojemność i cena: 170 ml za około 23 zł w sklepach internetowych

Skład: Rubus Chamaemorus Seed Oil, Amaranthus Caudatus Seed Extract, Linum Usitatissimum Seed Oil, Hippophae Rhamnoides Oil, Glycine Soja Oil, Organic Triticum Vulgare Germ Oil, Organic Olea Europaea Fruit Oil, Articum Lappa Seed Oil, Retinol, Tocopherol.


Opakowanie: Olejek zamknięty został w plastikowej buteleczce z atomizerem i dodatkową zatyczką. Niestety jak w większości rosyjskich kosmetyków jest ona kiepskiej jakości, zatyczka słabo trzyma, atomizer pluje i nie nadaje się do aplikacji bezpośrednio na włosy, a w efekcie otrzymujemy mocno ubrudzone opakowanie.

Konsystencja, zapach i kolor: Olejek jak to olejek jest tłusty, ma średnio przyjemny zapach, który mi się kojarzy z lasem i żółty kolor. Przez zabarwienie mocno brudzi, zarówno podczas aplikacji jak i pościel, jeśli nałożymy go na noc. Co prawda nie ma problemu z dopraniem plam, ale jest to mocno uciążliwe.

Skład: Znajdziemy tutaj same naturalne olejki i ekstrakty: olejek z maliny moroszki, ekstrakt z nasion szarłatu ogrodowego, olejek z nasion lnu zwyczajnego, olej z rokitnika, olej sojowy, organiczny olej z zarodków pszenicy, oliwa z oliwek, ojek z nasion łopianu, retinol i witaminę E. Szukałam wspomnianej w opisie producenta róży dahurskiej (Rosa davurica), ale nie znalazłam.

Właściwości: Moje włosy są cienkie, gęste i proste, u nasady kolor jest naturalny, a na długości rozjaśniany farbą blond. Jeśli chodzi o ten olejek, to efekty były rożne, czasami byłam zachwycona, a czasami było po prostu przeciętnie. Po każdym zabiegu włosy były wygładzone, nawilżone, bardziej błyszczące, tylko nie w tym samym stopniu. Najlepiej spisywał się pozostawiony na długo, czasami trzymałam go na włosach nawet 24 godziny. Nie miałam problemu z jego zmyciem, czy to szamponem z SLS czy bez, dwie aplikacje w zupełności wystarczały.

Podsumowanie: Uważam, że nie nie jest to olejek o błyskawicznym działaniu, a na pewno nie wystarczy zaaplikować go na 30-60 minut, jak przeczytamy na opakowaniu. Mocno zniechęciła mnie też buteleczka i brudzenie pościeli oraz wszystkiego dookoła na żółto. Ja już do niego raczej nie wrócę, szczególnie, że jest to wydajny produkt, a olei na rynku kosmetycznym nie brakuje. Jednak uważam, że jego cena jest bardzo przystępna i warto spróbować, może przy innym typie włosów sprawdzi się lepiej.

piątek, 12 czerwca 2015

Recenzja: Missha Super Aqua Oxygen Micro Essence Peeling

Jeżeli śledzicie mojego bloga, wiecie, że chwalę sobie koreańskie kosmetyki, mimo, że ich składy nie należą do naturalnych. Ostatnimi czasy korzystam z nich coraz mniej i już dawno nie zamawiałam niczego nowego, gdyż chcę całkowicie wyeliminować chemię z mojej pielęgnacji kosmetycznej. Będę również poszukiwać godnego następcy bebików, ale to dopiero za jakiś czas, bo mam pokaźną kolekcję do spożytkowania. Mimo to, kilka produktów zasługuje na swoje recenzje, a dzisiaj przedstawiam jeden z nich, enzymatyczny peeling od Misshy.


Opis producenta: Żelowy peeling, który delikatnie oczyszcza i nawilża skórę. Zawarte w nim mikrobąbelki usuwają martwe komórki naskórka, zanieczyszczenia i nadmiar sebum, jednocześnie kojąc i dostarczając skórze składników odżywczych.

Peeling
Mikro bąbelki zawarte w tlenowym systemie peelingującym, natychmiastowo usuwają martwe, zrogowaciałe komórki naskórka i zanieczyszczenia.
Odżywianie i łagodzenie
Rozpuszczalne w wodzie składniki, takie jak kwas hialuronowy łagodzą skórę i dostarczają odpowiednie składniki odżywcze do skóry, także doskonale ją nawilżają.

STOSOWANIE:
1. Umyć twarz i wytrzeć suchym ręcznikiem.
2. Nałożyć za pomocą pompki odpowiednią ilość na twarz, unikając obszar oczu i ust.
3. Pozostawić go na około 2-3 minuty, a gdy pojawią się bąbelki, masować delikatnie, aż martwe komórki naskórka i zanieczyszczenia pozostaną usunięte.
4.
Zmyć letnią wodą.

Pojemność i cena: 100 g za 86,10 zł na stronie oficjalnego dystrybutora w Polsce missha.com.pl, na ebay.pl już od około 48 zł z wliczonymi kosztami wysyłki

Skład: Water, Glycerin, PEG-8, Alcohol Denat., Ethyl Perfluoroisobutyl Ether, Butylene Glycol, Ethyl Perfluorobutyl Ether, Arginine, Trehalose, Cocamidopropyl Betaine, Cellulose, Carica Papaya (Papaya) Fruit Extract, Sodium Hyaluronate, Glycereth-26, Triticum Vulgare (Wheat) Seed Extract, Linaria Japonica Extract, Nelumbo Nucifera Flower Extract, Elaeagnus Pungens Leaf Extract, Onsen-Sui, Citrus Paradisi (Grapefruit) Fruit Extract, Beta-Glucan, Saccharide Isomerate, Tartaric Acid, Malic Acid, Glycolic Acid, Citric Acid, Lactic Acid, PCA, Pyruvic Acid, Carbomer, PEG-60 Hydrogenated Castor Oil, Methylparaben, Chlorphenesin, Fragrance.


Opakowanie: Butelka zaopatrzona została w moją ukochaną pompkę airless, zapobiegającą zasysaniu powietrza do środka, w dodatku można ją odkręcić i dostać się bez problemu do zawartości, jeśli zajdzie taka potrzeba. Przed zasychaniem kosmetyku chroni go dodatkowe zamknięcie. Bardzo higieniczne i estetyczne rozwiązanie.

Konsystencja i zapach: Peeling jest w postaci żelu, o bardzo delikatnym, kosmetycznym zapachu. Po aplikacji zamienia się w bąbelkującą pianę, która delikatnie łaskocze.

Skład: Znajdziemy tutaj zarówno mniej przyjazne składniki jak alkohol denaturatowy, PEGi czy parabeny, ale nie jest tak całkiem kiepsko, jest też naturalny ekstrakt z papai, ziaren zbóż, Linaria Japonica, Elaeagnus pungens, kwiatu lotosa i grapefruita, które zmiękczają, wygładzają, nawilżają, witamina E, która nasącza skórę antyoksydantami, kwasy AHA - tartarowy, jabłkowy, glikolowy, cytrynowy, mlekowy i pirogronowy, wspomagające złuszczanie, regenerację i chroniące skórę przed wolnymi rodnikami oraz kwas hialuronowy.


Właściwości: Lubię ten peeling przede wszystkim za skuteczność bez podrażnień i zaczerwienień. Testowałam już kilka peelingów enzymatycznych, jednak prawie wszystkie okazały się być za słabe do mojej mieszanej cery ze skłonnością do trądziku i zanieczyszczonych porów. Po użyciu tego produktu buzia jest wyraźnie wygładzona, a po suchych skórkach nie ma śladu. Stosuję go dwa razy w tygodniu. Dodatkowo mamy tutaj nietypowe bąbelkowanie, które ma za zadanie unieść komórki obumarłego naskórka, a w efekcie stosowanie peelingu jest niezłą frajdą. Przeznaczony jest do cery normalnej i suchej, ze względu na dużą zawartość małocząsteczkowego kwasu hialuronowego i emolientów, jednak u mnie sprawdza się bardzo dobre, cera nie jest ściągnięta ani wysuszona po zabiegu.

Podsumowanie: Jest to peeling enzymatyczny, który spełnił moje oczekiwania, a o to nie jest łatwo. Z chęcią zamieniłabym go na coś bardziej naturalnego, ale miałam próbkę zachwalanego peelingu z Organique i niestety był za słaby. Może wy mi coś polecicie? Na razie będę testować dalej, a w zapasach mam jeszcze peeling Skin79, który jest równie nietypowy, bo stosujemy go na suchą skórę i ścieramy naskórek mini gumeczkami, ale o nim innym razem.

czwartek, 11 czerwca 2015

Recenzja: Planeta Organica, Głęboko oczyszczająca maseczka do cery tłustej i mieszanej

Gdzie to lato, chciałoby się spytać? Szybko przyszło, rozochociło i jeszcze szybciej uciekło. Przyznajcie się, kto już złapał pierwszą opaleniznę? Ja już jestem zaopatrzona w filtry i żadne słońce mi niestraszne! Chociaż należę raczej do tych co nie przepadają za opalenizną, w tym roku mam w planach zagraniczne wojaże, więc być może od dobrych dwóch lat uda mi się przybrać odrobinę mniej blady odcień skóry ;) Ale lato to nie tylko filtry, ale też zmora dla skóry tłustych i mieszanych oraz okres jeszcze bardziej zwiększonej produkcji sebum. Jak się z tym uporać? Być może dzisiejsza bohaterka tego posta przypadnie wam do gustu, tak jak mi.


Opis producenta: Maseczka z morską glinką wzbogacona leczniczymi minerałami i mikroelementami delikatnie oczyszcza skórę i zwęża pory, normalizuje funkcje gruczołów łojowych. Wydobywana z głębi morska glina posiada właściwości silnie absorbujące, wyprowadza ze skóry toksyny, jednocześnie ją dotleniając. Tybetańska zielona herbata przywraca skórze sprężystość, poprawia elastyczność, odświeża, wyrównuje koloryt.

SPOSÓB UŻYCIA: Nanieść na czystą i wilgotną skórę twarzy delikatnymi masującymi ruchami (około 5-7 minut). Zmyć ciepłą wodą.

SKŁADNIKI: Aqua enriched with Maris Clay, Camelia Sinensis Leaf Extract, GlycerinNLaminaria Digitata Extract*, Fucus Vesiculosus Extract, Citrus Medica Limonum Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Нippophae Rhamnoides  Oil*, Cetearyl AlcoholN, Calendula Officinalis Oil, Angelica Acutiloba Root Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil*, Chamomilla Recutita Oil, Gingko Biloba Extract, Tocopheryl Acetate, Sodium Ascorbyl Palmitate, Panthenol, Retinyl Palmitate, Rubus Caesius Oil, Rosa Canina Flower Oil,  Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil*, Lavandula Officinalis Oil, Salvia Officinalis (Sage) Oil, Echinacea Purpurea Extract, Oreganum Vulgare Extract, Curcuma Longa (Turmeric) Root Extract ,  Eucalyptus Citriodora Oil , Salix Alba Bark Extract, Salicylic Acid, Caprylyl Glycol, ChlorophullN, Benzyl AlcoholNI.
(*)  SKŁADNIKI ORGANICZNE
(NSKŁADNIKI POCHODZENIA NATURALNEGO
(NISKŁADNIKI IDENTYCZNE Z NATURALNYMI

Pojemność i cena: 100 ml za około 16 zł w sklepach internetowych


Opakowanie: Wygodne, przyjemne dla oka, kolorystka bardzo adekwatna dla kosmetyku naturalnego. Ze słoiczków najlepiej jest nabierać zawartość czystą bagietką kosmetyczną, aby nic nie dostało się do środka i nie skróciło terminu ważności naszego produktu.

Konsystencja i zapach: Pasta jest dość gęsta, dlatego najlepiej rozprowadzać maseczkę zwilżonymi palcami, aby nie naciągać niepotrzebnie skóry. W całości zatopione zostały płatki peelingujące, ale są tak delikatne, że gdyby ich nie było, nic by to w moim odczuciu nie zmieniło. Zapach jest mocno roślinny, ja go bardzo lubię, już w sam w sobie przynosi relaks. Jest też naturalny, bez sztucznych dodatków.

Skład: Cóż mam powiedzieć, stosunek ceny do ilości drogocennych składników roślinnych jest imponujący. Znajdziemy tutaj glinkę morską, ekstrakt z liści zielonej herbaty, glicerynę pochodzenia naturalnego, ekstrakt z alg listownic palczastych, ekstrakt z glona morszczyna pęcherzykowatego, olejek cytrynowy, oliwę z oliwek, olej z rokitnika, olej z nagietka, olej z korzenia arcydzięgiela, olej awokado, olej z rumianku, ekstrakt z miłorzębu, witaminę E, witaminę C, pantenol, czyli witaminę B5, witaminę A, olej z jeżyny, olej z płatków róż, olej ze słodkich migdałów, olej z lawendy wąskolistnej, olej z szałwii, ekstrakt z jeżówki purpurowej, ekstrakt z oregano, ekstrakt z korzenia kurkumy, olejek eukaliptusowy, ekstrakt z kory białej wierzby oraz kwas salicylowy.


Właściwości: Uwielbiam tę maseczkę przede wszystkim za skuteczną seboregulację bez wysuszania skóry. Dzięki bogactwu olejków nie muszą się jej obawiać posiadaczki cer takich jak moja, czyli mieszanych. Po jednym zastosowaniu nie sprawi, że znikną nam wszystkie zaskórniki, ale nakładana regularnie, czyli 2-3 razy w tygodniu skutecznie je ograniczy oraz wspomoże w walce z przebarwieniami. Zawiera składniki o działaniu zarówno antybakteryjnym i złuszczającym jak i nawilżającym. Zazwyczaj stosuję ją nakładając zwilżonymi palcami i masując przez około 5 minut, a następnie zostawiam na kolejne 5. Jej zapach to dla mnie dodatkowy atut, działa jak aromaterapia.

Podsumowanie: Jest to bardzo dobry, naturalny produkt za niewielkie pieniądze. Pojemność jest naprawdę spora, i jeśli ktoś tak jak ja lubi testować nowe produkty, może narzekać. Jednak zużyję ją na pewno z przyjemnością do samego końca i na pewno zakupię ją jeszcze ponownie.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Recenzja: O-WAY, Silk'n Glow Hair Mask - Maska Blask i Jedwab

Dzisiaj znów będzie włosowo, ale tym razem o maseczce do włosów, a mianowicie masce "Blask i jedwab" włoskiej marki O-WAY. Otrzymałam ją od przemiłej pani Patrycji z wrocławskiej hurtowni fryzjerskiej New Styler. Jest to produkt profesjonalny stworzony na bazie składników roślinnych. Połączenie to bardzo mnie zainteresowało, a jeśli chcecie wiedzieć jak się sprawdziła, zapraszam do czytania!


O-WAY to pierwsza linia produktów do pielęgnacji włosów, oparta na wysokim stężeniu mikronizowanych roślin, hydrolatów i olejków eterycznych. To 100% natury dla Twoich włosów – bez SLS, SLES, parabentów, silikonów, sztucznych barwników i alergenów.


Opis producenta: Maska do włosów suchych i porowatych. Produkt głęboko odżywia i zapobiega "pierzeniu" się włosów. Przywraca włosom naturalną gładkość.

Korzyści:
- nie zawiera SLS, SLES, parabenów, silikonów, sztucznych barwników, alergenów zapachowych oraz olejów mineralnych
- zawiera: organiczne ekstrakty
- zawiera biodynamiczny owies - substancje w nim zawarte mają działanie odbudowujące
- zawiera organiczny owoc Cupuacu, który ma właściwości odżywcze i zmiękczające, nadaje włosom połysk.
- orzechy Brazilijskie - bogate w witaminy A i B rozpuszczalne w wodzie, przeciwdziałają pierzeniu się włosów
- nadaje włosom połysk i ułatwia rozczesywanie

Cena i pojemność: 65 zł / 150ml, 99zł / 500ml


Opakowanie: Zamknięcie kosmetyku w metalowej tubce dobrze chroni jego zawartość przed zepsuciem, jednak dla mnie jest mało wygodne w użyciu. Tubka jest twarda i trzeba zawalczyć, żeby wydobyć maseczkę mokrymi rękoma. Również rozcięcie opakowania, aby wydobyć resztkę, do przyjemnych nie należało. Doceniam zamysł, jednak wolałabym słoik.

Konsystencja i zapach: Zapach kwiatowy, przyjemny, zdecydowanie w moim guście. Konsystencja dość leista, maska nie oblepia włosów, raczej w nie wnika i zostawia delikatną powłokę, co również preferuję.

Skład: I tutaj zaczynają się schody, bo składników pochodzenia roślinnego jest dużo, ale producent obiecywał skład bez silikonów, a znajdziemy je na 4 i 5 miejscu po wodzie. Do samych silikonów w umiarkowanych ilościach i nie nakładanych na skórę głowy nic nie mam, ale nie lubię jak się klienta robi w bambuko, nieładnie.

Właściwości: Moje włosy są z natury proste jak drut, przy tym cienkie i gęste, rozjaśniane na długości na blond z ciemnego blondu, jednak zdecydowanie niskoporowate. Maskę stosowałam głównie na długość, licząc na odżywienie i dociążenie zapobiegające puszeniu się. Spisywała się dobrze, włosy były błyszczące i nawilżone, jednak z puszeniem się bywało różnie. Trochę brakowało mi efektu wow i lepszego dociążenia. Nie było problemu z jej spłukaniem, nie przyspieszała przetłuszczania się skalpu. Maska była bardzo wydajna, gdyż starczyła mi na 5 aplikacji, a zazwyczaj potrzebuję 40-50 ml maski na moje długie za pas włosy. Mam wrażenie, że nie jest to maska idealnie dopasowana do mojego typu włosa i u dziewczyn z włosami suchymi i wysokoporowatymi lepiej by się sprawdziła, tak jak sugeruje producent.

Podsumowanie: Tej konkretnej maski nie zakupię, ale w ofercie marki jest dużo ciekawych produktów i jak tylko uporam się z zapasami (co niestety może jeszcze potrwać do końca tego roku, albo i dłużej) to rozważę zakup szamponu bądź innej maski.Warto też zwrócić uwagę, że duże pojemności dużo bardziej się opłacają, niż mniejsze.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Bana-love or bana-no? Recenzja bananowego duetu do włosów od The Body Shop

Do marki The Body Shop mam dość chłodne podejście, gdyż to kolejna firma pozująca na sprzedającą kosmetyki naturalne, jednak znalezienie w ich składach kilku składników roślinnych to duże osiągnięcie. Mimo wszystko o bananowym duecie do włosów było tak głośno swojego czasu w blogosferze, więc gdy miałam okazję nabyć go drogą wymiany, kierując się myślą, że jeśli sama nie spróbuję, to się nie dowiem, przygarnęłam dwie żółte butle. Niedawno sięgnęły dna, więc czas na kilka słów, co o nich sądzę.


Opis producenta: /szampon Bananowy szampon, kultowy kosmetyk z 1990 roku znów w sprzedaży. Nowa wyśmienita seria naturalnych kosmetyków Anita`s Favourites. Szampon posiada wspaniałe właściwości odżywcze, włosy są miękkie, lśniące. Bardzo intensywny zapach szampon zawdzięcza ekwadorskim bananom. Produkt nie testowany na zwierzętach.

/odżywka Lekka bananowa odżywka do włosów swoje właściwości odżywcze i intensywny zapach zawdzięcza ekwadorskim bananom, które stanowią główny jej składnik. Dzięki odżywce bananowej włosy są miękkie, lśniące i odżywione. Nowa seria Anita`s Favourites ma w swojej ofercie kultowe produkty firmy The Body Shop, stawia również mocno na ekologię. Bananowa odżywka do włosów została po raz pierwszy wypuszczona na rynek w roku 1988.

Cena: 25zł za butelkę

Pojemność: 250 ml

Skład: /szampon Aqua/Water/Eau, Sodium Laureth Sulfate, Musa Paradisica Fruit (Banana), Cocamidopropyl Betaine, Glyceryl Hydroxystearate, Sorbitan Sesquicaprylate, Phenocyethanol, Sodium Chloride, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Mel/Miel/Honey, Panthenol, Polyquaternium-7, Stearic Acid, Citric Acid, Palmitic Acid, Parfum/Fragrance, Disodium EDTA, Ascorbic Acid, Sodium Hydroxide, CI 19140/Yellow 5, CI 14700/Red 4

/odżywka Aqua/Water/Eau, Musa Paradisica Fruit (Banana), Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Phenoxyethanol, Hydroxyethylcellulose, Lecithin, Mel/Honey/Miel, Panthenol, Propylene Glycol, Parfum/Fragrance, Benzyl Alcohol, Ascorbic Acid, Citric Acid, Sodium Chloride, Sodium Hydroxide, CI 15985/Yellow 6, CI 19140/Yellow 5


Opakowanie: Oba produkty umieszczono w butelkach z zamknięciem na klik i przykryto estetyczną etykietką w minimalistycznym stylu, jednak nie pozostawiającymi wątpliwości co do zawartości. Butelki są dość twarde, jednak nie miałam problemu z wydobyciem obu produktów do samego końca, bez ich rozcinania.

Konsystencja i zapach: Szampon jak widać na powyższym zdjęciu, jest przeźroczysty o żółtawym zabarwieniu, odżywka ma bardziej intensywny odcień i jest gęstsza. Zapach jest owszem bananowy, jednak do prawdziwego banana dużo mu brakuje, szczególnie po spienieniu na głowie. Zapach nie utrzymuje się długo na włosach.

Skład: Najciekawsze składniki aktywne to znajdujące się na wysokiej pozycji ekwadorskie banany, pochodzące z upraw fair trade, miód i pantenol. W szamponie niestety znajdziemy SLS, nie ma informacji jakiego pochodzenia. Tak jak już wspominałam, jest to typowo drogeryjny skład wzbogacony ekstraktami roślinnymi, więc dla mnie bez szału.

Właściwości: Ochów i achów nad tymi produktami było dużo, jednak na moich włosach się nie sprawdziły. Szampon niestety przy codziennym stosowaniu je obciążał, próbowałam go stosować na zmianę z szamponem do włosów ze skłonnością do przetłuszczania się Kloran, a później go z nim mieszałam, jednak problem nie ustąpił. Odżywka za to była zbyt lekka na długość, gdzie mam włosy rozjaśniane, także w efekcie otrzymywałam po kilku godzinach tłusty skalp ze spuszonym dołem.

Podsumowanie: Ten duet się u mnie nie sprawdził, nie mam też ochoty na testowanie innych produktów The Body Shop. Ostatnio ogólnie mam dużego pecha do produktów włosowych, co nie otworzę od dobrych 3 miesięcy, kompletnie się u mnie nie sprawdza. Na dniach wyciągam z zapasów duet allepo od Planeta Organica, ich balsam marokański bardzo mi służył, więc mam nadzieję, że w końcu moje włosy powrócą do dobrej kondycji.

niedziela, 15 lutego 2015

Pozytywne zaskoczenie od Yves Rocher: Culture Bio, Kremowy żel pod prysznic z wyciągiem z malwy bio

Wielokrotnie wspominałam wam, że nie darzę sympatią firmy Yves Rocher, gdyż takie katalogowe twory odrzucają mnie od siebie. Tym bardziej, jeśli pozują na producenta kosmetyków naturalnych, a w rzeczywistości składowo niczym nie odróżniają się od kosmetyków drogeryjnych. Moja mama uparcie kupowała od nich przez lata całe tony kosmetyków, zafascynowana przyklejaniem znaczków i zdrapywaniem zdrapek, więc miałam okazję przetestować niektóre ich produkty i część z nich była całkiem w porządku, a część okazała się być bublami. Jednak okazuje się, że marka ma swoje gwiazdy i koszmarki, a o takiej gwieździe na którą natknęłam się zupełnie przypadkiem, dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć.
Opis producenta: Delikatnie obudź zmysły, dzięki kremowemu żelowi z wyciągiem z malwy Bio z pól w la Gacilly.
Składnik roślinny: malwa Bio z La Gacilly nadaje skórze miękkość.
Uprawiana na polach w La Gacilly, w ramach upraw biologicznych, malwa jest stosowana ze względu na swoje właściwości kojące. Liście i kwiaty malwy są tradycyjnie stosowane ze względu na ich właściwości zmiękczające skórę.
Posiada certyfikat Ecocert:
- 0% parabenów i barwników,
- 99,4% składników pochodzenia naturalnego,
- 10% składników pochodzi z upraw biologicznych.

Cena: 9,90 zł

Pojemność: 200 ml

Skład:

Opakowanie: Typowe dla żeli YR, podczas otwierania można stracić paznokcie. Nie lubię. Za to lubię fakt, że nadaje się recyklingu.

Konsystencja i zapach: Bardzo gęsty kremowy balsam, zachowuje kształt po wyciśnięciu. Przepiękny kwiatowy zapach, utrzymuje się na skórze po kąpieli i aż żal jest smarować się później balsamem.

Skład: Opis chyba mówi wszystko? Jestem zachwycona. Na opakowaniu jeszcze wyczytałam, że zapach też jest w 100% naturalny.

Właściwości: Skład robi swoje i żel delikatnie myje bez wysuszania naszej skóry. Nie pieni się, więc czynność przypomina smarowanie się bardzo lekkim mleczkiem. Już wspominałam o przepięknym zapachu, co dodatkowo umila kąpiel. Jedyną wadą może być wydajność, gdyż potrzeba go więcej niż standardowego produktu tego typu, powinien mi starczyć na około 20 myć, a zazwyczaj taka pojemność służy mi przez 2 miesiące.


Podsumowanie: Jestem zachwycona tym żelem, więc tym bardziej ubolewam, że nie jest już dostępny w ofercie. Jednak znalazłam na stronie producenta wersję z aloesem i olejem arganowym, więc możliwe, że kiedyś po nie sięgnę.

piątek, 13 lutego 2015

Nowości w kosmetyczce: LUMENE Vitamin C

Tak, tak, to wciąż ja i jeszcze żyję, chociaż czas to u mnie od dawna towar bezcenny. Cały czas myślę, jak tu powrócić do regularnego blogowania, został mi już tylko ostatni semestr magisterki, więc mam nadzieję, że przyszłość mi na to pozwoli.

Przychodzę do was z nowościami, który wpadły mi w oko w Superpharm. A mowa tutaj o serum i kremie pod oczy finlandzkiej marki Lumene, znanej chyba z kolorówki, a szkoda, bo w swojej ofercie jak się okazuje mają świetne kosmetyki pielęgnacyjne!

Oba produkty który zadecydowałam zakupić, mają moim zdaniem najciekawsze składy - bardzo naturalne - i najlepiej zaspokoją potrzeby mojej cery szanownego wieku 25+.

LUMENE - BRIGHT NOW VITAMIN C DRY SKIN COCKTAIL - Luksusowy rozświetlający koktajl witaminowy do twarzy, szyi i dekoltu

 


Opis producenta: Polecany dla kobiet w wieku 25+. Dostarcza skórze niezbędnych mikroelementów. Zawiera olejek z żurawiny i maliny moroszki (bogaty w antyoksydanty i karotenoidy), które efektownie zwalczają pierwsze oznaki starzenia. W składzie znajdziemy też sterole roślinne, które są bardzo podobne do naturalnej powłoki hydrolipidowej - odbudowują system ochronny skóry, chronią ją przed negatywnym działaniem wolnych rodników i innych zanieczyszczeń (bakterie, dym papierosowy). Witaminy C+A wzmacniają skórę, dzięki czemu jest ona aksamitnie gładka i miękka. Aktywne składniki dodatkowo rozjaśniają skórę. Produkt zawiera 90% naturalnych składników, jest wolny od parabenów i sztucznych barwników. Koktajl należy koniecznie wstrząsnąć przed użyciem. Stosować na dzień lub na noc przed aplikacją kremu.
Vitamin C+ to seria produktów marki Lumene dostarczających skórze sił witalnych. Jest polecana dla kobiet w wieku 25+ i przeznaczona do potrzeb każdego typu cery. Kosmetyki z tej linii zawierają naturalny olejek z arktycznej maliny moroszki. Jest on bogaty w składniki działające przeciwzmarszczkowo. Wszystkich witamin potrzebnych skórze dostarcza kompleks VitaOptimaleTM - bazuje on na witaminach C, E, A i B. Ma też właściwości odżywiające, odnawiające oraz detoksykujące skórę. Wygląda ona na rozpromienioną i pełną energii.

Przede wszystkim skład, po drugie skład i po trzecie skład! Zaraz po wodzie mamy olej jojoba, trójglicerydy, emolient, olej awokado, skwalany, glicerynę,estrowa postać witaminy E, olej z nasion żurawiny - a to nawet nie jest jego połowa! Nie znajdziemy tu parafiny, parabenów i donorów formaldehydu. Poniżj jest zdjęcie całego składu i na samym końcu buteleczki. Ja się zakochałam w fazie różowej <3 Za wygląd daję 11/10 punktów, dawno żaden kosmetyk nie zachwycił mnie tak samym wyglądem! Na razie testowałam go tylko na ręce, ale mimo dedykacja dla skóry suchej, ma leciutką konsystencję i sądzę, że przy mojej mieszanej sprawdzi się bardzo dobrze. Zresztą zobaczcie jakie ma rewelacyjne opinie na KWC klik (wersja przed zmianą składu).


LUMENE - BRIGHT NOW VITAMIN C EYE CREAM - Rozświetlający krem pod oczy

Opis producenta: Rozświetlający krem pod oczy. Zawiera ekstrakt z maliny moroszki oraz kapsułki witaminy C. Nawilża i chroni skórę przed szkodliwym działaniem środowiska. Pigmenty skutecznie rozświetlają cerę dając efekt świeżego, promiennego spojrzenia. Krem nie posiada kompozycji zapachowych. Wolny od parabenów, olejów mineralnych i syntetycznych barwników. 

Składznowu jest bardzo dobry, choć nie tak genialny jak w serum. Znajadziemy w nim olej canola, olej ze słodkich migdałów, ekstrakt z maliny moroszki i oczywiście tytułową witaminę C. Ma kremową konsystencję, ale na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że wystarczająco lekką dla młodej skóry.


I jak, udało mi się was zaciekawić? Serum kosztuje w Superpharm 89,99 zł, a krem po oczy 54,99 zł, ale obecnie obowiązuje promocja na kremy do twarzy i pod oczy - 40%, więc za drugą pozycję zapłaciłam tylko 32,99 zł. Ja uciekam do łazienki na pierwsze testy, mam nadzieję, że uda mi się je zrecenzować na blogu za niedługo i dać znać, czy rewelacyjne składy przełożyły się na efekty. Dobranoc!

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Recenzje tego, co ostatnio na mojej głowie gościło - Natura Siberica i DeBa BIO Vital

Witajcie w ostatnim miesiącu tego roku! Wiem, nie było mnie przez prawie pół roku, praca i uczelnia zrobiły swoje. Nie mogę wam obiecać, że niedługo znowu coś napiszę, ale jeszcze nie chcę zamykać tego bloga. Za to dzisiaj zapraszam na recenzję dwóch produktów, które ostatnio stosowałam do oczyszczania i pielęgnacji włosów - odżywki DeBa BIO Vital i szamponu Natura Siberica.

DeBa BIO Vital, Odżywka do włosów


Opis producenta: Odżywka przeznaczona do każdego rodzaju włosów, bogata w składniki odżywcze takie jak BIO masło shea, BIO oleje (arganowy, migdałowy), głęboko nawilża nawet najbardziej zniszczone włosy, zawarte w niej składniki wzmacniają, odbudowują i rewitalizują strukturę włosów. Nie obciąża włosów. Zawiera 100% BIO ekstraktów

Cena i pojemność: ok. 15 zł za 400 ml, ja kupiłam w Biedronce za 4,99 zł, ale firma chyba już zniknęła z Polski...

Skład: Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Glycerin, Butyrospermum Parkii Butter, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Sodium Lactate, Parfum, Lactic Acid, Argania Spinosa Kernel Oil, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Lilial, Citronellol, Hexyl Cinnamal.


Konsystencja i wydajność: Odżywka jest dość rzadkiej konsystencji, co niestety wpływa na niezbyt dobrą wydajność. Mi starczyła na niewiele ponad miesiąc. Płyn ma biały kolor i bliżej mu przelewania się przez palce, niż pozostania na ręce.

Opakowanie: Duża butla z otwieraniem "na klik", wygodna biorąc pod uwagę konsystencję. Graficznie też jest całkiem przyjemnie.

Zapach: Jakiś taki orzechowy, mi nie przypadł do gustu.

Działanie: No cóż, w opisie same ochy i achy, w składzie masło i cudowne oleje, ale okazuje się, że tylko, albo aż tyle, to za mało. Odżywka niewiele była w stanie zdziałać na moich włosach, nieważne czy trzymałam ją 3, 10 czy 15 minut. Wydłużony czas dawał nieco lepsze nawilżenie i wygładzenie, ale i tak ogólnie określam je jako co najwyżej mierne. Zresztą jak chcę coś potrzymać dłużej, to używam maski, odzywka ma szybciutko zabezpieczyć włosy po myciu.
Podsumowanie: Do kiepskiego zapachu dodając bardzo przeciętne działanie, nawet gdyby odżywka była dalej dostępna w Polsce, to i tak bym się na nią więcej nie skusiła. Szkoda czasu.


Natura Siberica, Szampon do włosów tłustych "Objętość i balans" 


Opis producenta: Szampon na bazie ekstraktu z kosolimby i maliny tekszli (Rubus Arcticus). Ekstrakty z cedru zawierają aminokwasy, które odbudowują naturalną strukturę włosów oraz nadają im puszystość i objętość. Malina tekszla jest pięć razy bogatsza w witaminę C niż malina zwykła i jest niezastąpiona w pielęgnacji włosów przetłuszczających się, ponieważ przywraca równowagę skóry głowy, bardzo skutecznie odżywia, nawilża i chroni skórę i włosy w ciągu dnia.
Proteiny i witamina B6 odżywiają i pielęgnują włosy. 


Cena i pojemność: od 22 zł za 400 ml w sklepach internetowych
 
Skład: Aqua with infusions of Pinus Pumila Needle Extract (ekstrakt z igieł sosny karłowatej), Rubus Idaeus Fruit Extract (ekstrakt z owoców malin), Sorbus Siberica Extract (ekstrakt z jarzębiny?), Abies Siberica Needle Extract (ekstrakt z igieł jodły syberyjskiej), Achillea Asiatica Extract (ekstrakt z krwawnika azjatyckiego), Urtica Dioica Leaf Extract (ekstrakt z liści pokrzywy), Silybum Marianum Extract (ekstrakt z ostropestu plamistego), Quercus Robur Bark Extract (ekstrakt z kory dębu szypułkowego), Inula Helenium Extract (ekstrakt z omanu wielkiego), Anthemis Nobilis Flower Extract (ekstrakt z kwiatów rumianu rzymskiego), Saponaria Officinalis roqt Extract (ekstrakt z korzenia mydlnicy), Hippophae Rhamnoides Fruit Oil (olej z owoców rokitnika), Lauryl Glucoside (łagodna subst. myjąca), Sodium Cocoyl Isethionate (łagodna subst. myjąca wytwarzana z oleju kokosowego), Cocamidopropyl Betaine (łagodna subst. myjąca), Pineamidopropyl Betaine (?), Hippophae Rhamnoides Amidopropyl Betaine (jakiś łagodny detergent wytwarzany z rokitnika, nie znam tego składnika), Glycerin (nawilżacz), Guar Hydroxypropyl Trimonium Chloride (antystatyk), Citric Acid (kwas cytrynowy), Sodium Chloride (chlorek sodu), Benzyl Alcohol (konserwant), Dehydroacetic Acid (? – jakiś kwas), Sodium Benzoate (konserwant), Potassium Sorbate (konserwant), CI 75810, Parfum (zapach), Geraniol (zapach), Limonene (zapach), Linalool (zapach).


Konsystencja i wydajność: Zielonkawy żel o lekko glutowatej konsystencji. Bardzo przyzwoicie się pienił i był wydajny, pół opakowania starczyło mi na ponad miesiąc.

Opakowanie: Tak jak w przypadku odżywki znów mamy dużą butlę z otwieraniem na klik i ponownie nie miałam problemu z wydostaniem produktu do samego końca, więc mucha nie siada.

Zapach: Delikatny, świeży i naturalny, bardzo, bardzo go lubiłam.

Działanie: Przede wszystkim, jeśli jeszcze nie zauważyłyście, w moim posiadaniu znajdowała się wersja jeszcze sprzed reformacji, 100% natury. Szampon przeznaczony jest dla tłustej skóry głowy (właśnie, skóry głowy, a nie włosów, włosy same w sobie nie są tłuste, a to taki popularny i mylący błąd) i jego głównym zadaniem jest nadawanie objętości i przywracanie równowagi. Nikt tutaj nie wspominał o przedłużonej świeżości, ja zauważyłam może minimalną poprawę, o objętości też pochwał nie mogę napisać, ale to za co go pokochałam, to ekstremalna delikatność przy bardzo dobrym oczyszczeniu skalpu. Jestem w stanie uwierzyć we wszystkie te witaminki i wyciągi, bo podczas stosowania tego szamponu skóra na mojej głowie była w naprawdę dobrej kondycji. Nie mam z nią żadnych problemów, ale było coś w tym szamponie, że uznałam, że wyjątkowo mi służył. Mam nadzieję, że reformacja mu tego nie zabrała. Ktoś coś wie? Macie porównanie między nową i starą wersją? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
 
Podsumowanie: Mam nadzieję, że po reformacji działanie, konsystencja i zapach się nie zmieniły, bo na pewno się jeszcze spotkamy!

wtorek, 15 lipca 2014

Projekt Denko: Maj 2014

Nie, nie pomyliłam się. Dzisiaj będzie denko majowe. Przez ostatnie dwa miesiące nie miałam czasu na blogowanie, trzeba było zaliczyć sesję, do tego pracuję prawie na pełny etat, a w międzyczasie zachciało mi się remontów. Czas nadrobić zaległości, bo lubię coś tutaj naskrobać. Zapraszam!


1.  Yves Rocher, Szampon chroniący blask włosów farbowanych - za firmą nie przepadam, nie lubię tego całego katalogowego szaleństwa, zamawiania więcej niż się potrzebuje, bo prezent, bo zniżka oraz sztucznie zawyżonych cen i super ofert. Ale szampon nie był zły, przyjemnie pachniał, był delikatny, wydajny i niedrogi. Mimo to, nie wiem, czy kupię ponownie, jest dużo innych szamponów które mnie kuszą.

2.  Yves Rocher, Woda ułatwiająca rozczesywanie włosów - mogę wam powiedzieć dokładnie to samo co o szamponie, sprawowała się dobrze, jedyne przeciwieństwo, że wybór tego typu produktów o naturalnym składzie jest bardzo ubogi i w większości są to produkty dość drogie, więc tutaj możliwe, że zdecyduję się na powrót.

3. Isana, Suchy szampon - najlepszy suchy szampon oprócz drogiego Klorane, jakiego do tej pory używałam. Nie bielił, przyjemnie pachniał. Jednak doszłam do wniosku, że jest to produkt zbędny w mojej kosmetyczce, więc nie planuję już więcej zakupu.

4.  Receptury Babuszki Agafii, Jajeczna maska do włosów - spisała się u mnie lepiej niż drożdżowa, ale nawilżenie nie było rewelacyjne, więc raczej nie kupię ponownie.

5.  Alverde, Haarol Mandel Argan - mój pierwszy olejek do włosów, a jego działanie było na tyle dobre, że polubiłam się z włączyłam olejowanie włosów do stałej pielęgnacji. Włosy po nocy z olejkiem były zdecydowanie bardziej błyszczące i gładkie. Tani, dobry produkt. Chętnie kupię ponownie jak będę w DM.

6.  La Roche-Posay, Kerium, Szampon ekstremalnie delikatny - nie mam wrażliwej skóry głowy, a jak dla mnie delikatny to on nie był, a już na pewno nie dla włosów, które po myciu były splątane i matowe, nawet odżywka nie pomagała. Na pewno nie kupię.


7.  NUXE, Body, Kremowy peeling pod prysznic - moja wielka miłość, przepięknie pachnie, dobrze ściera i nawilża skórę. Jest zdecydowanie wart swojej ceny. Mam już kolejne opakowanie i na pewno pojawi się recenzja.

8. Cedrowe odżywcze mydło w płynie do rąk i ciała Agafii - tanie, delikatne, wydajne, nie wysusza. Tylko pompka jest kiepska, kilka razy przestawała działać, winą była za długa rurka, którą musiałam skrócić. Chętnie kupię ponownie.

9. Facelle, Pianka do higieny intymnej - recenzowałam ją tutaj i strasznie ubolewam nad faktem, że została wycofana. Udało mi się kupić kilka opakowań na zapas w śmiesznej cenie 1,99 zł, więc jeszcze będę mogła się nią nacieszyć. Nie nadaje się tylko do mycia pędzli jak płyn, który jest w tej kwestii rewelacyjny.

10. Avene, Krem do rąk z Cold Cream - okropny śmierdziel, który nic nie odżywia, a jedynie zostawia dziwnie szorstkie dłonie. Chociaż ten z Galenica był jeszcze gorszy. Zdecydowanie jestem zrażona do produktów labolatorium Pieere Fabre.

11. Vichy, Kremowy żel pod prysznic Nutri Extra - działanie było całkiem niezłe, dobrze był bez wysuszania, ale nie odpowiadał mi jego zapach. Został wycofany, ale i tak bym nie kupiła ponownie, bo za tę cenę można znaleźć dużo innych, ciekawszych myjadeł.


12. Alterra, Nawilżane chusteczki z aloesem - niedrogie, dobre chusteczki wszechstronnego użytku, ale męczy mnie już ich zapach, więc cieszę się, że kończę już ostatnie opakowanie i na razie planuję przerwę.

13. Astor, Perfect Stay Oxygen Concealer - wyrzutek, bo był już u mnie długo, miał fajny jasny kolor, nie ważył się, miał średnie krycie, raczej nie do cery z niedoskonałościami. Teraz pragnę korektora z Maca, więc nie kupię ponownie.

14. Nuxe, Serum nawilżająco-kojące - próbeczka sprawdziła się bardzo dobrze, mam ochotę na więcej.

15. Maska w płacie z Aloesem - lubię ich działanie, ale ostatnio strasznie denerwują mnie produkty z nadmiarem silikonów w składzie i śliska powłoczka jaką zostawiają, więc zużyję to co mam i zrobię sobie od nich przerwę.

16. Efektima, Glinkowa maseczka oczyszczająca - efekt oczyszczenia był średni, poza tym wolę czyste glinki, dają dużo lepsze rezultaty.

17. Bioderma Sebium, Maska oczyszczająca sebo-regulująca - również mnie nie zachwyciła.

18. Bioderma Hydrabio, Serum nawilżające - lepiej sprawdziło się u mnie to z Nuxa.

19. Organique, Peeling enzymatyczny - na blogach same ochy i achy, a mnie nie zachwycił. Może był za słaby, dla mojej tłustej cery? Przy okazji zakupów poproszę o jeszcze jedną próbkę, może zmienię zdanie.

20. Skin Food, Toner i Emulsja ze złotym kawiorem - nie zrobiły na mnie wrażenia, poza tym opakowania były tragiczne i emulsji nie dało się wydobyć, więc musiałam przeciąć opakowanie i wysmarowałam resztę na raz na szyję, dekolt i resztę ciała.

To już wszystko, jak widać denko nie jest zbyt duże, ale każde zużycie cieszy. Chętnie poznam wasze opinie na temat tych produktów, więc czekam na komentarze. Jutro będę focić denko czerwcowe, więc zapraszam amatorów pustych opakowań ;-)

poniedziałek, 12 maja 2014

PROJEKT DENKO: kwiecień 2014

Kto był w Biedronce i kupił elektryczną szczoteczkę do pielęgnacji twarzy? Ja swojej użyłam na razie dwa razy i wrażenia są pozytywne. Już od jakiegoś czasu rozważałam zakup takiej szczoteczki, ale wahałam się ze względu na cenę, a teraz mogę sprawdzić za niewielkie pieniądze, czy takie urządzenie się u mnie sprawdzi. Polecam wszystkim niezdecydowanym.
Dopiero co na blogu gościł marcowy Projekt Denko, a już serwuję wam kwietniowy, gdyż bardzo chcę się pozbyć tych wszystkich zalegających pustych opakowań. W kwietniu zużycia były skromne po ogromnym marcowym denku, ale wpadło kilka ciekawych produktów, także zapraszam!


1. Venus, Żel do higieny intymnej regenerujący i przeciwzapalny `Kora dębu` - żel ten odziedziczyłam po mamie, a raczej jego resztkę, której starczyło na dwa użycia i dwa prania skarpetek ;-) Ma dziwną galaretowatą konsystencję i SLSy w składzie, a jak unikam ich w produktach do higieny intymnej. Dwa użycia to za mało, żeby cokolwiek więcej o nim napisać, ale na pewno nie zachęcił mnie do ponownego zakupu.

2. Garnier Naturalna Pielęgnacja [Ultra Doux], Odżywka do włosów zniszczonych 'Awokado i masło karité' - chyba najpopularniejsza drogeryjna odzywka w blogosferze, to było moje drugie opakowanie. Genialnie wygładza włosy i sprawia, że ich rozczesywanie jest dziecinnie proste, a to dla mnie bardzo duże plusy. Przyjemnie pachnie, ale nie zauważyłam większych właściwości regeneracyjnych, ale tego są maski, a nie odżywki, które spędzają na moich włosach maksymalnie 5 minut. Na pewno jeszcze po nią sięgnę.

3. Yves Rocher, Żel pod prysznic, Pomarańcza z Florydy - ten żel pachniał pięknie, uwielbiam pomarańcze w każdej postaci. Ale był zwykłym myjakiem, skóra była lekko wysuszona, bez balsamu się nie obeszło. Zresztą już wam pisałam, że Yves Rocher to żadna firma z naturalnymi kosmetykami, a zwykłymi chemicznymi z dodatkiem ekstraktów roślinnych. Na świecie jest tyle różnych żeli pod prysznic, że raczej planuję powtórki.

4. The Face Shop, Foot Peeling - jeśli śledzicie mojego bloga, to pewnie zauważyłyście, że te koreańskie skarpety peelingujące pojawiają się regularnie w moich denkach i wiecie, że nie wyobrażam już sobie bez nich pielęgnacji stóp. Miałam już wiele różnych wersji od różnych producentów i jeszcze żadne mnie nie zawiodły, tym razem porządnie wymoczyłam stopy przed zabiegiem i efekt złuszczania był bardzo spektakularny. Polecam gorąco!

5. Manila Bond, Glow, Deodorant 150 ml - oj męczyłam tego gagatka, długo męczyłam. Strasznie intensywny i tani zapach, tworzył wielką, białą i duszącą chmurę. Używałam w dni, kiedy nie musiałam wychodzić z domu i cieszę się, że już się skończył. Na pewno nie kupię.


6. Receptury Babuszki Agafii, Drożdżowa maska do włosów - chyba najpopularniejszy rosyjski kosmetyk. Ja używałam jej jak zwykłej maski na całość włosów, więc nie powiem wam, czy przyspiesza ich wzrost, ale dość fajnie je odżywia i nawilża, chociaż zdarzyło jej się je za bardzo wygładzić. Niestety maska ma bardzo rzadką konsystencję, co sprawiło, że starczyło mi jej tylko na 5 zastosowań. Mimo wszystko, myślę, że skuszę się na nią jeszcze raz, chociażby w celu wyrobienia sobie dokładniejszej opinii na jej temat.

7. La Roche-Posay, Woda termalna - używałam do zapobiegania wysychaniu glinek na twarzy. W regularnej cenie na pewno bym nie kupiła, chociaż ma swoje plusy, jeśli ktoś ma faktycznie bardzo wrażliwą i często podrażnioną skórę.

8. Vichy, Płyn micelarny - niestety z moim wieczorowo-wyjściowym makijażem poradził sobie średnio, resztę zużyłam jako tonik, żeby się nie pałętał po łazience. Ale mam jeszcze duże opakowanie, więc więcej wam napiszę o tym produkcie, jak wezmę je w obroty.

9. Song of India, Buddha Delight, balsam w kostce - bardzo podobał mi się orientalny zapach i porządne nawilżenie oraz natłuszczenie skóry, ale ta forma balsamowanie jest bardzo czasochłonna, więc głównie z tego powodu nie skuszę się więcej na niego. Wydajność takiej kosteczki też nie jest duża, bo mi starczyła na 10 zastosowań i niestety kruszy się w trakcie.

10. Alverde, Repair Haarbutter Avocado & Sheabutter - jeśli nie pamiętacie, to szampon i odżywka z tej serii bardzo przypadły mi do gustu. Masło był ciekawym eksperymentem, jednak mimo całkiem dobrych właściwości, twarda skorupa jaką tworzyło na włosach sprawia, że raczej nie sięgnę po nie ponownie. Starczyło mi na 8 zastosowań na 20 cm dolnych partii włosów i kilkanaście razy na końcówki, jednak tutaj sprawdzało się różnie, czasami było ok, a czasami je zbytnio obciążało.

11. Physiogel, Krem łagodzący - znów końcówka, starczyła mi na wysmarowanie ramion. Jednak u moich znajomych sprawdził się na wszelkie rodzaje podrażnień skóry, w tym na oparzenia po solarium, więc sądzę, że jeśli macie problem niepodrażnieniami to warto się tym produktom przyjrzeć, szczególnie, że skład jest bardzo delikatny i krótki.


I standardowo na koniec garść próbek i saszetek. Bardzo lubię koreańskie maski w płacie, bardzo dobrze nawilżają cerę, tak samo było z tą od Etude House z ekstraktem z perły. Sól żurawinowa od The Secret Soap Store pachniała obłędnie i umiliła mi kąpiel, jednak nie jestem fanką kąpieli w wannie i nie zaopatrzę się w pełnowymiarowe opakowanie. Maseczkę Tołpy kupiłam w atrakcyjnej cenie z czystej ciekawości mimo, że do czterdziestki mi jeszcze daleko,, bo nie miałam jeszcze nic z tej firmy. Niestety szczypała mnie w twarz i po przejrzeniu opinii nie tylko mnie, więc na pewno nie kupię ponownie i nie zachęciła mnie do testowania kolejnych kosmetyków tej marki, ale skóra nie była zaczerwieniona, więc zużyję drugą połówkę. Hyal Urea od Eucerinu dość fajnie sprawdził się zimą, ale teraz był zdecydowanie zbyt bogaty dla mojej tłustej cery, zresztą do zakupu nie zachęca mnie skład. Serum Biodermy ma żelową konsystencję i poziom nawilżenia określam jako zadowalający, dobrze sprawdziło się zamiast kremu na dzień, ale pod makijaż już niekoniecznie. Nie kupię pełnowymiarowego opakowaniu, bo zachwytów nie było. Kapsułkę do stóp od Yves Rocher zużyłam do wymoczenia stóp przed peelingiem, nie zauważyłam większych efektów jej działania. Zachwycił mnie za to BB krem od Tony Moly, miał bardzo ładny jasny beżowy odcień i po trzech użyciach mam ochotę na pełnowymiarowe opakowanie. Z próbek Holika Holika zdecydowanie bardziej do gustu przypadła mi wersja do skóry mieszanej/tłustej, baza dobrze sprawdziła się pod makijażem, może skuszę się na zakup pełnowymiarowego opakowania. Maseczka od Tony Moly wypadła dobrze, mam jeszcze kilka takich saszetek, więc później napiszę wam coś więcej, cera na peno była po niej wygładzona i promienna. I wyrzutek wygrzebany z czeluści szuflady, pomadka Oriflame, zużyłam jej jak na mnie sporo, bo aż 1/3, ale ląduje w koszu, bo dawno minął jej termin przydatności.

To już wszystko. Dajcie mi znać czy coś z tego miałyście i jaka jest wasza opinia. Do usłyszenia!