poniedziałek, 12 maja 2014

PROJEKT DENKO: kwiecień 2014

Kto był w Biedronce i kupił elektryczną szczoteczkę do pielęgnacji twarzy? Ja swojej użyłam na razie dwa razy i wrażenia są pozytywne. Już od jakiegoś czasu rozważałam zakup takiej szczoteczki, ale wahałam się ze względu na cenę, a teraz mogę sprawdzić za niewielkie pieniądze, czy takie urządzenie się u mnie sprawdzi. Polecam wszystkim niezdecydowanym.
Dopiero co na blogu gościł marcowy Projekt Denko, a już serwuję wam kwietniowy, gdyż bardzo chcę się pozbyć tych wszystkich zalegających pustych opakowań. W kwietniu zużycia były skromne po ogromnym marcowym denku, ale wpadło kilka ciekawych produktów, także zapraszam!


1. Venus, Żel do higieny intymnej regenerujący i przeciwzapalny `Kora dębu` - żel ten odziedziczyłam po mamie, a raczej jego resztkę, której starczyło na dwa użycia i dwa prania skarpetek ;-) Ma dziwną galaretowatą konsystencję i SLSy w składzie, a jak unikam ich w produktach do higieny intymnej. Dwa użycia to za mało, żeby cokolwiek więcej o nim napisać, ale na pewno nie zachęcił mnie do ponownego zakupu.

2. Garnier Naturalna Pielęgnacja [Ultra Doux], Odżywka do włosów zniszczonych 'Awokado i masło karité' - chyba najpopularniejsza drogeryjna odzywka w blogosferze, to było moje drugie opakowanie. Genialnie wygładza włosy i sprawia, że ich rozczesywanie jest dziecinnie proste, a to dla mnie bardzo duże plusy. Przyjemnie pachnie, ale nie zauważyłam większych właściwości regeneracyjnych, ale tego są maski, a nie odżywki, które spędzają na moich włosach maksymalnie 5 minut. Na pewno jeszcze po nią sięgnę.

3. Yves Rocher, Żel pod prysznic, Pomarańcza z Florydy - ten żel pachniał pięknie, uwielbiam pomarańcze w każdej postaci. Ale był zwykłym myjakiem, skóra była lekko wysuszona, bez balsamu się nie obeszło. Zresztą już wam pisałam, że Yves Rocher to żadna firma z naturalnymi kosmetykami, a zwykłymi chemicznymi z dodatkiem ekstraktów roślinnych. Na świecie jest tyle różnych żeli pod prysznic, że raczej planuję powtórki.

4. The Face Shop, Foot Peeling - jeśli śledzicie mojego bloga, to pewnie zauważyłyście, że te koreańskie skarpety peelingujące pojawiają się regularnie w moich denkach i wiecie, że nie wyobrażam już sobie bez nich pielęgnacji stóp. Miałam już wiele różnych wersji od różnych producentów i jeszcze żadne mnie nie zawiodły, tym razem porządnie wymoczyłam stopy przed zabiegiem i efekt złuszczania był bardzo spektakularny. Polecam gorąco!

5. Manila Bond, Glow, Deodorant 150 ml - oj męczyłam tego gagatka, długo męczyłam. Strasznie intensywny i tani zapach, tworzył wielką, białą i duszącą chmurę. Używałam w dni, kiedy nie musiałam wychodzić z domu i cieszę się, że już się skończył. Na pewno nie kupię.


6. Receptury Babuszki Agafii, Drożdżowa maska do włosów - chyba najpopularniejszy rosyjski kosmetyk. Ja używałam jej jak zwykłej maski na całość włosów, więc nie powiem wam, czy przyspiesza ich wzrost, ale dość fajnie je odżywia i nawilża, chociaż zdarzyło jej się je za bardzo wygładzić. Niestety maska ma bardzo rzadką konsystencję, co sprawiło, że starczyło mi jej tylko na 5 zastosowań. Mimo wszystko, myślę, że skuszę się na nią jeszcze raz, chociażby w celu wyrobienia sobie dokładniejszej opinii na jej temat.

7. La Roche-Posay, Woda termalna - używałam do zapobiegania wysychaniu glinek na twarzy. W regularnej cenie na pewno bym nie kupiła, chociaż ma swoje plusy, jeśli ktoś ma faktycznie bardzo wrażliwą i często podrażnioną skórę.

8. Vichy, Płyn micelarny - niestety z moim wieczorowo-wyjściowym makijażem poradził sobie średnio, resztę zużyłam jako tonik, żeby się nie pałętał po łazience. Ale mam jeszcze duże opakowanie, więc więcej wam napiszę o tym produkcie, jak wezmę je w obroty.

9. Song of India, Buddha Delight, balsam w kostce - bardzo podobał mi się orientalny zapach i porządne nawilżenie oraz natłuszczenie skóry, ale ta forma balsamowanie jest bardzo czasochłonna, więc głównie z tego powodu nie skuszę się więcej na niego. Wydajność takiej kosteczki też nie jest duża, bo mi starczyła na 10 zastosowań i niestety kruszy się w trakcie.

10. Alverde, Repair Haarbutter Avocado & Sheabutter - jeśli nie pamiętacie, to szampon i odżywka z tej serii bardzo przypadły mi do gustu. Masło był ciekawym eksperymentem, jednak mimo całkiem dobrych właściwości, twarda skorupa jaką tworzyło na włosach sprawia, że raczej nie sięgnę po nie ponownie. Starczyło mi na 8 zastosowań na 20 cm dolnych partii włosów i kilkanaście razy na końcówki, jednak tutaj sprawdzało się różnie, czasami było ok, a czasami je zbytnio obciążało.

11. Physiogel, Krem łagodzący - znów końcówka, starczyła mi na wysmarowanie ramion. Jednak u moich znajomych sprawdził się na wszelkie rodzaje podrażnień skóry, w tym na oparzenia po solarium, więc sądzę, że jeśli macie problem niepodrażnieniami to warto się tym produktom przyjrzeć, szczególnie, że skład jest bardzo delikatny i krótki.


I standardowo na koniec garść próbek i saszetek. Bardzo lubię koreańskie maski w płacie, bardzo dobrze nawilżają cerę, tak samo było z tą od Etude House z ekstraktem z perły. Sól żurawinowa od The Secret Soap Store pachniała obłędnie i umiliła mi kąpiel, jednak nie jestem fanką kąpieli w wannie i nie zaopatrzę się w pełnowymiarowe opakowanie. Maseczkę Tołpy kupiłam w atrakcyjnej cenie z czystej ciekawości mimo, że do czterdziestki mi jeszcze daleko,, bo nie miałam jeszcze nic z tej firmy. Niestety szczypała mnie w twarz i po przejrzeniu opinii nie tylko mnie, więc na pewno nie kupię ponownie i nie zachęciła mnie do testowania kolejnych kosmetyków tej marki, ale skóra nie była zaczerwieniona, więc zużyję drugą połówkę. Hyal Urea od Eucerinu dość fajnie sprawdził się zimą, ale teraz był zdecydowanie zbyt bogaty dla mojej tłustej cery, zresztą do zakupu nie zachęca mnie skład. Serum Biodermy ma żelową konsystencję i poziom nawilżenia określam jako zadowalający, dobrze sprawdziło się zamiast kremu na dzień, ale pod makijaż już niekoniecznie. Nie kupię pełnowymiarowego opakowaniu, bo zachwytów nie było. Kapsułkę do stóp od Yves Rocher zużyłam do wymoczenia stóp przed peelingiem, nie zauważyłam większych efektów jej działania. Zachwycił mnie za to BB krem od Tony Moly, miał bardzo ładny jasny beżowy odcień i po trzech użyciach mam ochotę na pełnowymiarowe opakowanie. Z próbek Holika Holika zdecydowanie bardziej do gustu przypadła mi wersja do skóry mieszanej/tłustej, baza dobrze sprawdziła się pod makijażem, może skuszę się na zakup pełnowymiarowego opakowania. Maseczka od Tony Moly wypadła dobrze, mam jeszcze kilka takich saszetek, więc później napiszę wam coś więcej, cera na peno była po niej wygładzona i promienna. I wyrzutek wygrzebany z czeluści szuflady, pomadka Oriflame, zużyłam jej jak na mnie sporo, bo aż 1/3, ale ląduje w koszu, bo dawno minął jej termin przydatności.

To już wszystko. Dajcie mi znać czy coś z tego miałyście i jaka jest wasza opinia. Do usłyszenia!

piątek, 9 maja 2014

PROJEKT DENKO: marzec 2013

Miało być dawno, dawno temu, a jest dopiero teraz, gdyż podczas rekonwalescencji w domu po wyrwaniu ósemki (zdecydowanie nie polecam) zajęłam się porządkami w szafie, zamiast w kosmetyczce. Efekty są takie, że drzwi do rzeczonego mebla w końcu się zamykają, jest przejrzyściej i przestronniej. I like it! Ale i wciąż tak mam wszystkiego więcej, niż przeciętny obywatel ;-) Coby się pozbyć chociaż części, zapraszam was na opóźniony (ostatnio u mnie w modzie) marcowy Projekt Denko!


1.  Domowe Recepty, Nawilżający balsam do włosów cienkich i osłabionych - duża, bo aż 450 ml butla odżywki z prostym, krótkim składem bez silikonów i podejrzanych konserwantów za niewielką cenę. Moje włosy są cienkie i może już nie tak bardzo osłabione, ale dobrym nawilżeniem nie pogardzą, a ten balsam niestety kiepsko sobie z tym radził. Troszkę wygładzał, odrobinę odżywiał, ale zdecydowanie było to za mało, żebym pomyślała o repecie. Zapach też mi nie pasował.

2. Balea, Professional, Blond Shampoo - powiem wam szczerze, że po zużyciu całej tubki, dalej nie mam jakiegoś konkretnego zdania na temat takiego szamponu. Niby nie był zły, poprawiał kolor moich farbowanych na blond włosów, ale czasami miałam po nim sztywne włosy na czubku głowy i jakby niedomyte... Nie wiem, czy do niego wrócę, może skuszę się na wypróbowanie innego szamponu z Balea Proffesional.

3.  Balea, Professional, Blond Spulung - równie rzadka i przez to niewydajna jak ta z serii Oil Repair, starczyła mi na niecałe 3 tygodnie. Nawilżała i wygładzała włosy w dostatecznym stopniu, ale rewelacji nie było, za to pachniała jak szamponetki którymi dawno, dawno temu farbowałam włosy, ale nie wiedzieć czemu, bardzo lubię ten zapach. Nie wiem, czy kupię ponownie.

4. Alverde, 2-Phasen-Sprühkur, Aloe Vera Hibiskus - na początku spisywała się bardzo dobrze, ale pod koniec chyba zostało więcej fazy olejowej, bo zaczęła przetłuszczać włosy. Raczej po nią więcej nie sięgnę, ze względu na zawartość tego nieszczęsnego alkoholu, poza tym irytowała mnie zacinająca się pompka, chociaż widziałam, że teraz są w innych buteleczkach.

5. Biovax, Intensywnie regenerująca maseczka do włosów blond - odebrałam ją jako nagrodę za punkty w SuperPharm, więc aż tak bardzo nie ma co płakać, ale pluję sobie w brodę, że nie zdecydowałam się na sprawdzoną wersję z olejami, bo ta była tragiczna. Kolejna maseczka Biovaxa, która okazała się być bardzo przeciętnym produktem. Włosy po niej były totalnie przylizane i błyszczące, a mnie taki efekt kompletnie nie satysfakcjonuje. Zero tytułowej regeneracji, zapach sztuczny i męczący na dłuższą metę, musiałam wiązać włosy następnego dnia, żeby go nie czuć, bo mnie drażnił. Niewydajna, starczyła mi na 4 szalone użycia. Nie polecam, ja już więcej nie zakupię masek tej firmy, gdyż nie są tego warte.


6. Sanoflore, Jedwabisty żel pod prysznic ze zmiękczającym ekstraktem z Wanilii Bio - no cóż, jak dla mnie to zwykły żel z SLSami za duże pieniądze. Dostałam od koleżanki końcówkę, gdzieś tak z centymetr na dnie i potestowałam przez tydzień, gdyż strasznie byłam ciekawa zapachu, ale okazało się, że nie ma w nim specjalnego czy zachwycającego. Moim zdaniem, nie ma co przepłacać za żele pod prysznic ;-)

7. Galenic, Argane, Krem odżywczo-regenerujący do rąk i paznokci - chyba najgorszy krem do rąk, jaki kiedykolwiek miałam. Kompletnie nic nie odżywiał ani nie nawilżał, wręcz po chwili od aplikacji ręce były jeszcze bardziej szorstkie niż przed. A fe, co za bubel! Nigdy, nigdy, przenigdy więcej.

8.  NUXE, Body, 24-godzinny nawilżający balsam do ciała - mmm, ten zapach! Ciepły, otulający migdał z delikatnym kwiatowym akcentem. Kocham, kocham, kocham. A działanie w niczym mu nie ustępuję, porządnie nawilża i nie zostawia tłustej warstwy. Wywaliłabym ze składu silikony, ale i tak nie jest źle przy tej ilości naturalnych olei. Cena wysoka, ale pewnie kupię ponownie w celu rozpieszczania samej siebie ;-)

9. BeBeauty, Płyn micelarny do demakijażu i tonizacji twarzy i oczu skóra wrażliwa - fanką płynów micelarnych nie zostałam, więc zużyłam go jako tonik. Wolę spienić żel, chwilkę poczekać i delikatnie zmyć pianę, bez tego całego pocierania. Poza tym, nie wyobrażam sobie mycia bez wody. To moja druga butelka, przy pierwszej pisałam wam, że po jego użyciu wystąpiło zaczerwienienie, teraz na szczęście wszystko było cacy. Mam jeszcze dwie butelki kupione w przypływie szaleństwa, które zużyję, ale więcej nie kupię.

10.  Baikal Herbals, Pianka do mycia twarzy do wszystkich typów skóry - wydajna, praktycznie bezzapachowa, dobrze i delikatnie oczyszczała bez uczucia ściągnięcia. Nie radzi sobie z makijażem, ale u mnie idealnie sprawowała się przy porannym myciu. Do tego delikatny i naturalny skład oraz niska cena mówią, że na pewno kiedyś jeszcze się spotkamy.

11. Joanna Sensual z ekstraktem z rumianku - nie był to bubel, ale zdecydowanie wolę żele Venus, tworzą gęstszą pianę, są wydajniejsze i mają ciekawsze zapachy. Nie skuszę się więcej.


12. Hotelowe kulki do kąpieli - ja za wanną nie przepadam, więc leżały dłuższy czas dwie sierotki, aż się rozchorowałam i zaległam w gorącej kąpieli. Były niezłe, ale ani mi takie cuda potrzebne, ani się ich normalnie kupić nie da.

13. Ahava, krem do rąk z minerałami z Morza Martwego - po jego użyciu miałam wrażenie jakby moje ręce były pokryte solidną warstewką silikonów i jednocześnie mega wygładzone. Nic specjalnego nie robił, ale używało się go całkiem przyjemnie. Kupiłam ostatnio zestaw miniaturek Ahavy na promocji -70% z tym kremikiem, ale więcej raczej się nie skuszę, tym bardziej w regularnej cenie.

14. Biosilk Treat, Silk Filler - nie zauważyłam jakiegoś specjalnego działania, ot taki psikacz przed czesaniem. Skład nie najgorszy, ale niewart moim zdaniem swojej ceny. Nie kupię więcej.

15. Nuxe, Nawilżajacy sztyft do ust - był ok, ale bez rewelacji, daleko mu do masełka z tej samej serii czy pomadki Alterry. Szkoda też, że 1/4 produktu trzeba wygrzebywać z opakowania. Mam jeszcze duopack w zapasach, ale więcej się raczej nie skuszę.

16. Clarins, Daily energizer cream-gel - odziedziczyłam po koleżance 1/3 opakowania, szybko się skończył, bo dużo go nie było. Lekko nawilżał i matowił, dobrze się wchłaniał przy mojej tłustej cerze. Ale cudownych właściwości nie miał, ani też rewelacyjnego składu, więc za tę cenę, na pewno nie kupię ponownie.

17. Etiaxil do skóry wrażliwej - kolejna rzecz z tego denka, którą kończyłam po koleżance :P Śmierdział tak, że mój kot uciekał w panice, czasami piekł pod pachami, tak jak Ziaja, więc wybieram Ziaję, bo jest milion razy tańsza, a efekt ten sam.


18. Facelle, Chusteczki do higieny intymnej - tanie, delikatne, skuteczne. Niezastąpione, kiedy brak prysznica/wanny. Już mam kolejne opakowanie.

19. Fitokosmetik, Maska szmaragdowa odżywcza z rumiankiem i melisą - czyli po prostu zielona glinka. Niedroga, skuteczna, ta której używam obecnie nie jest tak dobra. Kupię ponownie.

Na sam koniec kilka saszetek. Z maseczek zainteresowała mnie jedynie próbka 12% pellingu glikolowego Le'Maadr, był całkiem mocny jak na peeling enzymatyczny. Po Dermedicu nie widziałam większego efektu złuszczenia, a ta z Rival de Loop bardzo ładnie pachniała, ale była dla mnie za bogata, więc więcej nie kupię. Krem do stóp z Nuxa fajny, ale moje pięty preferują produkty silnie zmiękczające z dużą zawartością mocznika. Jeśli chodzi o ten z Propodii, to wolę spraye przeciwko poceniu stóp, mam wrażenie, że krem je tylko wzmaga, mimo zawartości aluminium w składzie. Nuxowski nawilżacz był niezły, ale nie jestem w stanie przetrawić jego zapachu, a konsystencja Ecerinowskiego Hyaluron-Fillera to dla mnie porażka, nie ważne w jakiej postaci, moja skóra go nie lubi. A wyrzutkiem jest żel antybakteryjny Oriflame, który dawno temu dostałam od cioci. Ja albo wolę ręce umyć albo wytrzeć w mokre chusteczki, dla mnie taki żel tylko rozmazuje brud. Poleżał lat kilka, a teraz leci do kosza. Adios!

Ja widzicie denko spore i jestem z niego bardzo dumna. Sporo rzeczy ubyło, a w marcu kupiłam tylko wspomniany zestaw Ahava i 4 rzeczy w DMie. I troszkę przybyło z wymian i udało mi się wygrać w konkursie tajlandzkie cudeńka. Mimo, że więcej rzeczy wyszło niż przyszło, miejsca w szafce wiąż brak, ech ech. Na szczęście coraz lepiej idzie mi niekupowanie, więc może w dalekiej przyszłości dotrę do kosmetycznego minimalizmu ;-) A jak wam poszło zużywanie w marcu? Koniecznie dajcie mi znać!