wtorek, 30 lipca 2013

Recenzja: Inchloss, Body Cream

Znowu mnie wywiało, dużo by opowiadać o braku czasu i temperaturze odbierającej chęci do życia, ale raczej nie o tym chcecie czytać. Na szczęście wena do mnie powróciła, nowy aparat nie został jeszcze opanowany, ale mam nadzieję, że źle nie jest, więc prezentuję wam dzisiaj osławiony na Azjatyckim Cukrze wyszczuplacz InchLoss od malezyjskiej firmy Bio-essence.


Opis producenta: InchLoss Body Cream Extra Strength to rewolucyjny produkt który nie tylko nawilża, zmiękcza i wygładza skórę, ale co niespodziewane, sprawia, że twoje ciało stanie się jędrniejsze i smuklejsze. Wzbogacony o unikalne naturalne i bio-rozgrzewające składniki aktywne, takie jak Bio Mineral Amino Acid Essence, silnie wzwiększa absorpcję i efektywność odżywki dzięki swoim unikalnym przełomowym Bio-energetycznym właściwościom. Ze zwiększoną ilością składników nawilżających i ujędrniających, mrowiące uczucie ciepła może pojawić się natychmiast po aplikacji, sprzyjając modelowaniu ciała, kształtowaniu i ujędrnianiu skóry. Ta ekskluzywna formuła faktycznie pomaga przyspieszyć redukcję upartego tłuszczu zgromadzonego pod skórą, zatem osiąga niesamowite rezultaty w ujędranianiu ramion, brzucha, ud i nóg, pomagając osiągnąć smukłe ciało!

Pojemność: 200 g

Cena: ok. 120 zł na eBay.pl


Skład:


Moja opinia: O InchLossie pierwszy raz wyczytałam na Azjatyckim Cukrze i chociaż nosząc rozmiar XS do osób z dużymi problemami z sylwetką nie mogłam się zaliczać, zapragnęłam poczuć jego magię na własnym ciele, bo kobieta przecież nigdy nie jest dość piękna. Z zamówieniem z Singapuru nie było problemów, paczka przyszła po kilku dniach. Krem znajdował się w kartoniku z dołączonym papierowym centymetrem, cobym mogła podziwiać jak w magiczny sposób ubywa mi centymetrów w obwodzie. Skład jest bardzo przyjemny, mamy m. in. Bio-Mineral Amino Acid Essence (transportuje składniki wgłąb skóry), paprykę, imbir, żeń-szeń, ananasa i kofeinę, małe zastrzeżenia budzą tylko ciekły wosk na dość wysokiej pozycji i konserwanty. Krem ma konsystencję balsamu, bardzo przyjemnie pachnie i wchłania się po ok. 30 sekundach masażu, nie pozostawiając żadnego filmu. Za pierwszym podejściem użyłam kremu tylko kilka razy, gdyż stwierdziłam, że trzeba najpierw pozużywać to, co wcześniej pootwierałam, ale zdążyłam się przekonać, że potrafi palić żywym ogniem. Budziłam się w nocy i nawet okładanie lodowatymi mokrymi ręcznikami nie pomagało. Ostatnie fale gorąca zazwyczaj kończyły się po 8 godzinach. Jednak kosmetyk poszedł w odstawkę i przypomniałam sobie o nim dwa miesiące temu, kiedy okazało się, że po zimie, mi się "troszkę" przytyło. Ze zdziwieniem stwierdziłam, że już tak nie palił, może to wina tego, że był wcześniej otwierany i kilka miesięcy przeleżał, a może tego, że wiosną nie miałam już tak gorąco w mieszkaniu. Tak czy siak, czasem grzało, czasem nie, aplikowałam go w miarę systematycznie na uda przez ponad miesiąc, w tym okresie schudłam 3 kg, a obwód moich ud zmniejszył się o 2 cm! Całkiem nieźle też ujędrnił skórę i zredukował widoczny cellulit. Na pewno nie byłoby to możliwe bez InchLossa, więc wszem i wobec ogłaszam, że palące "paskudztwo" faktycznie działa! Nie jest zbyt wydajny, ani tani, ale efekty są widoczne, więc myślę, że jeśli ktoś ma partie ciała odporne na wszelkie inne formy odchudzania, to warto zainwestować. Mi tubka starczyła na ok. półtorej miesiąca codziennego smarowania ud. Odradzam też wszystkim, którym nie odpowiada efekt chłodzenia bądź rozgrzewania, gdyż efekt jest 100 razy intensywniejszy niż w popularnym w Polsce Eveline.

3 komentarze :

  1. Nie znam tego cudaka mam nadzieje ze jest dobry ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie miałam go ale opis kusi :). Ja osobiście lubię efekt chłodzenia, ale po miesiącu używania eveline już go nie odczuwam.. I mam pytanie co do rozdania :). Czy moja nagroda już została wysłana :)?

    OdpowiedzUsuń